• Energa Basket Liga
    14.10.2018 , 17:00

    Spójnia Stargard 76 82 Trefl Sopot


Więcej o koszykówce »
1 2 3 4 5

Wywiady

Wojciech kamiski2
Sauna w szatni, "Ronaldo z Rybnika" - Wojciech Kamiński o pierwszym sezonie Trefla (18.01.2018) Autor: Jakub Łasek

W 1995 roku Trefl rozegrał swoje pierwsze, historyczne, oficjalne spotkanie, przeciwko zespołowi SKS Starogard Gdański. W niedzielę zmierzymy się z Polpharmą, która kontuynuuje tradycje SKS-u. Z tej okazji postanowiliśmy porozmawiać z bohaterami pierwszego zespołu, który rozpoczynał budowę wspaniałej historii Trefla. Dziś przedstawiamy rozmowę z rozgrywającym tamtej drużyny, obecnie asystentem w kadrze Polski i trenerem Rosy Radom - Wojciechem Kamińskim.

- Jest 1995 rok, Pan – 21-letni chłopak, studiujący na gdańskim AWF-ie. Jak to się stało, że Trefl się pojawił i Pan zaczął grać w tej drużynie?

- Odbyły się dwudniowe testy organizowane w Hali MOSiR w Gdyni. Przyjechali wtedy do Trójmiasta zawodnicy z całej Polski, którzy zostali zaproszeni przez Trefl. Z kilkoma chłopakami graliśmy w AZS-ie Gdańsk, więc była nas tam większa grupka znajomych. Trenerzy przyglądali się jak trenujemy, jak ćwiczymy i dość szybko się zdecydowali na to, żebym dostał się do składu, a ja byłem gotowy na przejście do Trefla. O ile dobrze się orientuję, to byłem pierwszym zawodnikiem, który podpisał umowę w Treflu. Z jednej strony stało się tak dlatego, że byłem na miejscu, a z drugiej negocjacje trwały bardzo krótko – ja wiedziałem, że chcę zostać w nowym zespole, że chcę grać, więc jak tylko otrzymałem propozycję, to szybko na nią przystałem.

Samych testów nie pamiętam jakoś wyjątkowo szczegółowo, przypominam sobie zawodników, którzy tam byli. Ale samego przebiegu zajęć już teraz nie odtworzę, na pewno było to nowe doświadczenie, nowi ludzie dookoła i to się właśnie teraz pamięta. Działo się coś odmiennego od tego, co mieliśmy na co dzień. Nie były to też masowe zajęcia, stawiło się tam około 15-20 zawodników, z których później zostali wybrani koszykarze pierwszej drużyny Trefla. Myślę, że już wtedy trenerzy mieli wizję, kogo by chcieli w zespole i tylko musieli to potwierdzić w kontaktach osobistych.

- Od razu było czuć, że Trefl to będzie duży projekt, który wypali i w przyszłości stanie się topowym na skalę Polski? Czy wtedy, na samym początku jeszcze nie było tego widać?

- To było coś nowego, w 1995 roku raczej nie zdarzało się, że nowa drużyna zwołuje kilkunastu zawodników na zgrupowanie - my byliśmy skoszarowani, mieliśmy hotel, wyżywienie, więc od razu były tam namiastki profesjonalnego klubu. Wszyscy widzieli, że coś ciekawego zaczyna się rodzić. Pan Kazimierz Wierzbicki na pewno wierzył w sukces tego przedsięwzięcia, ale my, zawodnicy, jeszcze tak daleko nie patrzyliśmy. Okazało się, że ten Trefl później przez kilkanaście lat grał w ekstraklasie i zdobywał mistrzostwa.

- Skończyły się testy i do zespołu przyjechał zawodnik zza oceanu – było to dla Was zaskoczenie, że w nowym zespole, w 1995 roku, w 3 lidze, zjawia się Amerykanin – Chad Faulkner?

- Dla nas nie było to wielkim zaskoczeniem, myślę, że to u Chada większe zdziwienie wywołało, kiedy zobaczył w jakich warunkach będzie trenować. Wtedy ćwiczyliśmy w niewielkiej halce Startu w Gdańsku – obiekt bardzo sympatyczny, pamiętający jeszcze mecze Wybrzeża Gdańsk. Pamiętam historię o panu, który przed przyjazdem drużyny przeciwnej dokładał węgla do pieca, żeby kaloryfery w szatni gości były maksymalnie rozgrzane. Tam nie można było nic regulować, więc goście pod względem temperatury przebierali się prawie jak w saunie. Także miejsce specyficzne, mające swój urok, które jednak dla Chada mogło okazać się większym zaskoczeniem, niż przyjazd Amerykanina dla reszty zespołu.

- Pierwszy sezon graliście w hali gdańskiego AWF-u – czy faktycznie działo się tak, że hala pękała w szwach i atmosfera na meczach była wyjątkowo gorąca?

- Zdarzały się mecze, gdzie faktycznie trudno było znaleźć wolne miejsce, choć też nie na wszystkich spotkaniach tak się działo. Wiadomo, hala blisko uczelni, więc na frekwencję mocno wpływali studenci, czyli nasi znajomi i koledzy. Oczywiście licznie zjawiali się też kibice z całego Trójmiasta, aczkolwiek ta hala na AWF-ie nie była taka duża, więc dość łatwo się zapełniała. Dla rodzącego się klubu to duży sukces, że kibice chcieli przychodzić na mecze i była dobra atmosfera na trybunach. Z drugiej strony my odwdzięczaliśmy się naszym fanom dobrą grą.

- Przejdźmy do pierwszego oficjalnego meczu Trefla, przeciwko zespołowi SKS Starogard Gdański. Czy pamięta Pan tamten wyjazd, czy szczegóły po latach już gdzieś uciekły?

- Pamiętam tę halę, w której graliśmy, prawdopodobnie przy szkole, bo to nie był ani ten obiekt, w którym gra obecnie Polpharma, ani też hala, w której grał Pakmet, tylko jeszcze starsza. Pamiętam, że przechodziliśmy do tego obiektu przez jakiś płot, ale niewiele więcej. Taka mała, szkolna salka. Pamiętam też, że Jarek Sarzało rzucał nam za trzy i trener Adam Ziemiński trochę się na to denerwował. Jednak samego przebiegu meczu nie przypomnę sobie, wiem, że nie wygraliśmy chyba jakoś wysoko.

- Pamięta Pan wynik?

- Sprawdziłem, sprawdziłem (śmiech) (Trefl wygrał 90:75, przyp.red.). Także z tego wyjazdu pamiętam halę, Jarka Sarzałę i to, że trochę się tam męczyliśmy. Wiadomo – pierwszy mecz, więc wszyscy byliśmy mocno zestresowani.

- Kto, według Pana, był najbardziej wyróżniającym się zawodnikiem tamtego zespołu? Młody Przemysław Frasunkiewicz, Chad Faulkner, nieżyjący już Tomasz Rospara czy może jednak Wojciech Kukuczka?

- Zdecydowanie najlepiej pamiętam Wojtka Kukuczkę, myślę, że nasz „sopocki Ronaldo” z Rybnika był pierwszoplanową postacią. To był zawodnik charyzmatyczny, który trzymał szatnię i zawodników na boisku. Oczywiście był młodziutki Przemek Frasunkiewicz, wtedy 16-letni, był Tomek Rospara, Piotr Bruździak, Robert Wieczorek – mieliśmy kilku zawodników, którzy naprawdę potrafili grać w koszykówkę. Natomiast trudno wyróżnić jednego – na pewno charakterystyczny był Wojtek Kukuczka, a pozostali robili swoje. To nie była drużyna jednej gwiazdy, nawet Chad Faulkner nie był bardzo dominującą postacią. W każdym meczu ktoś inny mógł zagrać świetne spotkanie i ktoś inny prowadził drużynę do zwycięstwa.

- Pierwszy sezon, od razu został zakończony awansem do drugiej ligi, która dziś byłaby pierwszą ligą i przeniesienie się do Hali SKT przy kortach tenisowych. To już można uznać za odczuwalny krok wyżej? Czuliście, że zaczynacie się wbijać w świadomość mieszkańców Sopotu i jeszcze bardziej możecie przyciągać ludzi na mecze Trefla?

- Oczywiście, przenosiny do Sopotu były krokiem milowym, to pokazało, że klub naprawdę poważnie myśli o rozwoju. Kolejnym dowodem na to stał się Mecz Gwiazd, który odbył się w grudniu 1996 roku w Sopocie. Ten mecz pokazał tylko jeden kierunek – ekstraklasa. Świetnie się tu grało, mnóstwo ludzi na trybunach, bardziej zacięte pojedynki, bo na tym poziomie trafiali się już naprawdę wymagający rywale. Ale po roku wywalczyliśmy awans i od tej pory Trefl występuje już nieprzerwanie na najwyższym poziomie rozgrywkowym. 

energa basket liga
Zespół Z   P Pkt.
7. King Szczecin 1 - 1 3
8. Legia Warszawa 1 - 1 3
9. Trefl Sopot 1 - 1 3
10. TBV Start Lublin 1 - 1 3
11. Anwil Włocławek 1 - 1 3
więcej