• Energa Basket Liga
    14.10.2018 , 17:00

    Spójnia Stargard 76 82 Trefl Sopot


Więcej o koszykówce »
1 2 3 4 5

Wywiady

f2
"Od początku było czuć, że mamy do czynienia z przyszłościowym projektem" - Piotr Bruździak o pierwszym sezonie Trefla (19.01.2018) Autor: Jakub Łasek

Przed meczem z Polpharmą kontynuujemy wspomnienia z pierwszego sezonu Trefla, w 1995 roku. Tym razem przepytaliśmy centra tamtej ekipy - Piotra Bruździaka. Jak były zawodnik żółto-czarnych wspomina pierwszy sezon Trefla w trzeciej lidze? Zapraszamy do lektury! 

- 1995 rok – początek Trefla. Jak to się stało, że dowiedział się Pan o tym, że taki zespół się tworzy i jak znalazł się Pan w nowej drużynie?

- To były trochę inne czasy – mniej korespondencji elektronicznej, więc po prostu do domu przyszło zaproszenie na testy, z informacją o tym, że będzie tworzona drużyna Trefla. Tak dowiedziało się o tym większość z nas. Później stawiliśmy się w wyznaczonym miejscu, o wyznaczonym czasie.

- Czyli zaproszenie wyszło ze strony Trefla, bo klub wiedział już wcześniej, że jest taki zawodnik Piotr Bruździak i potrafi on dobrze grać w koszykówkę?

- Nie wiem czy dobrze, ale wystarczyło, żeby takie zaproszenie otrzymać. W tamtym czasie wiodącym zespołem na Pomorzu był GKS Wybrzeże Gdańsk, grający w drugiej lidze. Była też Spójnia, AZS Gdańsk i w każdym z tych zespołów byli młodzi wyróżniający się zawodnicy. Później właściwie wszyscy spotkaliśmy się na testach w Treflu.

- To były dwa dni testów, które odbyły się w Gdyni?

- Tak, trenowaliśmy w hali, w której na co dzień grał żeński zespół koszykarski – Bałtyk Gdynia. Odbyły się dwa dni testów, z tego co pamiętam było tam ponad 20 zawodników z całej Polski, w tym kilku graczy z Trójmiasta. Po testach dostawaliśmy zaproszenia do rozmów, negocjacji i zapadały decyzje kto znajdzie się w nowym zespole Trefla.

- Negocjacje były trudne i mozolne czy jednak obie strony szybko zgodziły się na swoje warunki?

- W moim przypadku bardzo krótko, wcześniej trenowałem w Wybrzeżu, grałem w Spójni, jednak nie były to w tamtym czasie zespoły bardzo znaczące. Tutaj na testach spotkałem się z zawodnikami utytułowanymi, niektórzy grali wcześniej w ekstraklasie, więc samo znalezienie się w tym gronie było dla mnie bardzo dużym zaszczytem i wyróżnieniem.

- Czy po tym, jacy gracze pojawili się na testach można było przewidywać, że Trefl w przyszłości stanie się czołowym zespołem w Polsce? Czy może na samym starcie nie było to jeszcze wyczuwalne?

- Zdecydowanie było to czuć od samego początku, sama forma testów, zawodnicy, którzy tam przyjechali, a nawet sposób przeprowadzenia zajęć wskazywały na to, że mamy do czynienia z przyszłościowym projektem. Kiedy już wybrany został szeroki skład i pojechaliśmy na pierwszy obóz, to wszystko było zorganizowane wyjątkowo profesjonalnie. Dla części zawodników z większym doświadczeniem to może nie było nic nadzwyczajnego. Ale dla nas, chłopaków z Trójmiasta, to było duże wydarzenie. Trefl pokazał pełen profesjonalizm – zarówno od strony sprzętowej, jak i kadry trenerskiej, dla nas to był po prostu inny świat.

- Po testach pojawił się w zespole Chad Faulkner, to było kolejne zaskoczenie, że do ekipy grającej na trzecim poziomie rozgrywkowym przylatuje gracz z USA?

- Trudno mówić o zaskoczeniu, bo w zasadzie od początku wspominało się, że taki ruch zostanie wykonany. Założyciele Trefla nigdy nie ukrywali jaki jest cel, ale też mieliśmy świadomość, że przed nami daleka droga do przejścia. To, że Chad pojawił się w składzie na pewno było dużym wydarzeniem, bo trudno, i wtedy i dzisiaj, wyobrazić sobie zawodnika amerykańskiego w trzecioligowej drużynie. Pojawienie się Chada pokazało jasno jaki jest cel, zwłaszcza że wtedy każdy zespół ekstraklasy miał przynajmniej jednego zawodnika z USA w składzie. W tamtym czasie amerykańscy koszykarze pokazywali nam zupełnie inny sposób grania, zupełnie inny poziom i Chad potrafił dać tę wartość dodaną Treflowi.

- Od 1995 roku zmieniło się w koszykówce tak naprawdę wszystko, widzi to Pan teraz z perspektywy kibica?

- To prawda, zmieniło się bardzo dużo. Przede wszystkim sam styl grania jest zupełnie inny, teraz zawodnicy są niesamowicie atletyczni, dynamiczni, większy nacisk kładzie się na rzuty z dystansu. Tak naprawdę można byłoby długo wymieniać wszystkie zmiany jakie nastąpiły w koszykówce od 1995 roku. Teraz widać, że gra się znacznie szybciej i to nie tylko w NBA czy polskiej lidze, ale nawet w rozgrywkach młodzieżowych czy II ligi. Zdarza mi się z sentymentu przychodzić na mecze Politechniki Gdańskiej i widzę, że niezależnie od wzrostu gracze są dziś zdecydowanie skoczniejsi, niż my w 1995 roku.

- Zmieniły się również warunki, dziś rozmawiamy w nowoczesnej ERGO ARENIE, gdzie na co dzień występuje Trefl, a wtedy graliście w hali gdańskiego AWF-u. Jak z dzisiejszej perspektywy ocenia Pan warunki, w który wtedy trenowaliście i rozgrywaliście swoje spotkania? I jak wspomina Pan atmosferę na meczach trzecioligowego wtedy Trefla? Było tak, że od początku hala wypełniała się i czuliście to wsparcie kibiców?

- Było odczuwalne, że jesteśmy rozpoznawalni już na poziomie trzeciej ligi. Mieliśmy na ubraniach logo Trefla, nosiliśmy klubowe torby i to wpływało na fakt, że gdy jechaliśmy na trening czy na mecz, ludzie w kolejce (SKM – przyp. red.) czy po prostu na ulicy życzyli nam powodzenia w kolejnym spotkaniu. Mimo tego, że to była trzecia liga, takie miłe sytuacje się zdarzały.

Jeśli chodzi o warunki – na pewno teraz jest zupełnie inaczej. Dziś nawet poziom zaplecza w szkołach jest dużo wyższy niż kiedyś. Przez pierwszy sezon żartowaliśmy, że każdy mecz gramy na wyjeździe. Trenowaliśmy w nieistniejącej już hali Startu przy ulicy 3 Maja, natomiast każdy mecz „u siebie” graliśmy w hali AWF-u. Ja miałem trochę łatwiej, bo byłem studentem Akademii Wychowania Fizycznego, ale inni mogli mieć trudność z przystosowaniem się do nowego obiektu. Hala może nie była zbyt duża, ale rzeczywiście udało nam się ją wypełniać przy okazji każdego spotkania. Na trybunach pojawiały się pierwsze transparenty, flagi – kibice byli z nami od początku.

- Przejdźmy do pierwszego meczu przeciwko SKS Starogard Gdański, co pamięta Pan z tego spotkania?

- Pamiętam naprawdę niewiele, choć jakieś wycinki z gazet zostały. To był pierwszy mecz i mimo tego, że mieliśmy poczucie, iż jesteśmy mocną drużyną, to stres był całkiem spory. Podeszliśmy bardzo poważnie do tego meczu. Co ważne, grał każdy, bo taki był cel od samego początku. Ważny mecz, odpowiednio nagłośniony, z oprawą, pamiętam, że trenerom się podobało.

- Kto Pana zdaniem był wtedy liderem tego zespołu? Chad Faulkner, Wojciech Kukuczka czy jeszcze ktoś inny?

- To zależy w jakim wymiarze. Na pewno naszym mentorem i człowiekiem budującym atmosferę w zespole był kapitan – Maciek Kulczyk. Z drugiej strony liderem pod względem osobowości, umiejętności i przeszłości koszykarskiej był Wojtek Kukuczka. To świetny facet, w tamtym momencie ciągnął nasz zespół na parkiecie. Warto wyróżnić też Wojtka Kamińskiego, który spośród trzech rozgrywających grał najwięcej i wychodził w podstawowym składzie. Miałem okazję grać z nim wcześniej w Spójni, później też trzymaliśmy się razem na testach. To są takie najbardziej jaskrawe osoby, ale nie zapominajmy też o Przemku Frasunkiewiczu, na tamten moment bardzo perspektywicznym koszykarzu, co potwierdziły jego dalsze losy. Miał świetne warunki, był wysoki, bardzo skoczny – skakał najwyżej z nas, a miał dopiero 16 lat. Ważną postacią był Marcin Chojnacki, który stworzył i wymyślił nasz okrzyk przedmeczowy, brzmiący „TI-REFL!” i to on zawsze krzyczał pierwszy człon, a reszta drużyny odpowiadała. Koszykarsko Marcin też był świetnym zmiennikiem, miał rewelacyjny rzut z dystansu. Człowiek od zadań specjalnych, który przez całą karierę godnie reprezentował trójmiejską koszykówkę. Każdy z nas był inny, ale kilka bardzo mocnych charakterów w tej ekipie można znaleźć.

- Wróćmy jeszcze na chwilę do Przemysława Frasunkiewicza, który zrobił z zawodników tamtej drużyny największą karierę. Czy było widać, że jest to zawodnik, który będzie w przyszłości grał w reprezentacji? Mówił Pan o jego atletyzmie i skoczności, ale nawet z wiekiem, gdy te atuty już trochę zanikły, Frasunkiewicz pozostał czołowym zawodnikiem na swojej pozycji w Polsce.

- Wiadomo, że w tym momencie nie będzie to w pełni obiektywne, ale od pierwszego momentu, w którym Przemka zobaczyłem, to było jasne, że ten gość ma papiery na granie. Na szczęście wszystko potoczyło się w przypadku „Franza” zgodnie z planem, obyło się bez poważnych problemów i teraz możemy o Przemku mówić jako o legendzie trójmiejskiej koszykówki. Moim zdaniem może on stać się niemal taką postacią, jaką stał się tutaj świętej pamięci profesor Jerzy Młynarczyk, który zawsze był „pierwszym koszykarzem” Trójmiasta.

- W trzeciej lidze dominowaliście zdecydowanie czy jednak trzeba było wyszarpywać kolejne zwycięstwa?

- To, co zapamiętałem i to co dziś powtarzam swoim dzieciom, to fakt, że mimo iż byliśmy silną drużyną, to do każdego przeciwnika podchodziliśmy z szacunkiem, z respektem. Trener tego od nas wymagał, nie było miejsca na nonszalancję i dzięki temu często wygrywaliśmy wysoko. Pamiętam też sparingi rozgrywane z drużynami z wyższych lig – Elaną Toruń i Astorią Bydgoszcz, gdzie udało mi się zagrać na 100% skuteczności. Takie rzeczy wynikały właśnie z profesjonalnego podejścia nie tylko trenerów, ale też nas, zawodników.

energa basket liga
Zespół Z   P Pkt.
7. King Szczecin 1 - 1 3
8. Legia Warszawa 1 - 1 3
9. Trefl Sopot 1 - 1 3
10. TBV Start Lublin 1 - 1 3
11. Anwil Włocławek 1 - 1 3
więcej